Koncerty

Podczas koncertu-kąpieli w dźwiękach, w grupie lub indywidualnie, czujesz wibrację w swoim wnętrzu.W takich warunkach dochodzi do szybkiej synchronizacji pólkól mózgowych, cały twój system nerwowy relaksuje się, emocje stabilizują się, a umysł osiąga spokój i równowagę. Zdrowie poprawia się, czujesz się lepiej. Energia gongów, ich uzdrawiająca wibracja przenika wszystkie organy i komórki, rozbija i usuwa toksyny  na  poziomie narządów i komórkowym. Po takiej sesji, koncercie-kąpieli, poszczególne układy i narządy całego ciała powracają do pierwotnej  fizycznej i energetycznej  harmonii. System immunologiczny i cały organizm staje się silniejszy i odporniejszy.

– Straciłam męża w wypadku, ciało i dusza cierpiały – mówi Dorota. Pan Stanisław powiedział, że nie ma ziół na tęsknotę ale, że zagra mi na gongu …to było kosmiczne przeżycie.

Spowolnienie fal mózgowych prowadzi do głębokiej relaksacji, której sprzyja pozycja leżąca. Po tym niezapomnianym i niemożliwym do opisania doświadczeniu każdy czuje się w swoim ciele jak w domu, jest odświeżony i doenergetyzowany.

– Ciągle jestem pod wrażeniem rozmowy Misy z Gongiem – mówi Artur. Bardzo mocno czułem coś w okolicy serca. Dźwięki kojarzyły mi się z czułą rozmową zakochanych, gdzie myśli jednego były słowami drugiego i odwrotnie. No i ten relaks w całym ciele…. Rewelacja!!!

Zapraszam na koncerty, na niezwykłe nastroje i niepowtarzalne energie, które tworzą okragle instrumenty, odczuwane zarówno mentalnie jak i fizycznie,

LECZNICZE GONGI  gazeta WEGETARIAŃSKI ŚWIAT nr 108/lipiec-sierpień 2007

Z mistrzem gry na gongu, zielarzem – Stanisławem Olszewskim rozmawia – Agnieszka Olędzka

Agnieszka Olędzka – Dlaczego ludzie chorują?

Stanisław Olszewski – Bardzo ważne pytanie ale prawie tak trudne jak, dlaczego się rodzimy lub dlaczego umieramy.
Biblia pełna jest mądrości sugerujących odpowiedzi. Św. Paweł pisał do Rzymian […wszystko co nie wypływa z przekonania jest grzechem…] a św. Marek powiada, że […wszystkie grzechy zostaną odpuszczone synom ludzkim, oprócz tego przeciwko duchowi…]. Współcześnie Paulo Coelho, w jednej ze swoich książek pisze […choruje się na wiele sposobów: z miłości, z tęsknoty, z rozpaczy, ze zmęczenia, z nudów, ze strachu…]. Powiem tak, gdy umysł jest zmieszany, cierpi dusza.
Bardzo łatwo wtedy powstaje poczucie winy i wstydu a potem potrzeba kary, co może manifestować się jako dolegliwości ciała, choroby, wypadki.

Powiedziałeś, że największe przestępstwa to te czynione wobec ducha. Dlaczego ludzie popełniają te przestępstwa? Dlaczego robią coś przeciw sobie?

– I na Wschodzie i na Zachodzie występuje przedziwne zjawisko. Podczas dorastania i wychowywania dochodzi w różnych kulturach, z różną siłą do stłumienia lub wyparcia własnych programów życia jednostki. Dzieci wchodzą w dorosłe życie zakręcone przez rodzinę, przez religię, przez metody wychowania, różnego rodzaju filozofie. I żyją dalej nie swoją historią, ale przekonaniami „podarowanymi” im przez innych, wypełniają czyjeś marzenia. Problem leży w tym, że te wszystkie wzory-kody, które dostajemy w wyniku wychowania od naszych rodziców, nauczycieli, mistrzów, różnych guru, często bierzemy za swoje. One wzrastają z nami i w nas i nie buntujemy się, dopóki nasze życie nie stanie się dla nas nie do zniesienia. Wówczas rozglądamy się za rozwiązaniem lub chorujemy czasami na śmiertelną chorobę. Pierwszym punktem powinno być wówczas sprawdzenie, czy to do czego jesteśmy tak przywiązani, co jest treścią naszego działania i życia jest nasze własne. Bo każdy człowiek powinien żyć swoją własną historią. Jak pięknie powiedział Pablo Coelho, żeby nie krążyć po tym świecie i po kilkunastu latach dotrzeć do skarbu, który był cały czas z nami.

Jak to osiągnąć w świecie takim, jaki jest?

– Różne są sposoby uczenia się i docierania do własnej ścieżki życia: poprzez doświadczenie, poprzez naśladowanie, poprzez naukę. Najłatwiejszym jest – przez naśladowanie, najbardziej trudnym – przez doświadczenie, najdłuższym – przez naukę. Każdy z nas sam dokonuje wyboru swojej drogi. Ja najbardziej lubię drogę przez naśladowanie, weryfikowaną, gdy mam wątpliwości przez doświadczenie – bo jest najkrótsza, nie trzeba na niej zbytnio cierpieć, bo już ktoś inny ją sprawdził. Jeśli to dotyczy spraw ciała: na przykład jedzenia, w pierwszej kolejności używam produktów, z których korzystano przez wiele pokoleń wstecz i oczywiście sprawdzam, jak mój organizm reaguje na dany pokarm. Gdy trafiam na braki, wybieram inny sposób, na przykład naukowy – mogę poczytać, posłuchać, co ktoś z tytułem naukowym mówi na ten temat. Jeżeli to jest dla mnie dobre, to używam, a jeśli się źle po tym czuję, to nie odrzucam jak czegoś, co jest totalnie złe, bo jeśli dla kogoś jest wspaniałe, to pewnie jest, skoro tak napisał. I tak element po elemencie bacznie obserwując znajduję to, co jest dla mnie dobre. Emocje rozpoznaję w taki sam sposób – słuchając cały czas ciała. Oczywiście pracuję też z wyobraźnią, ale przekonałem się już nie raz, że to właśnie ciało jest najlepszym sprawdzającym, testującym wszystko narzędziem.

Gdy przychodzi do mnie ktoś szukający pomocy i mówi: „robię tak, bo” lub „powinno być tak” wtedy pytam: „Co cię przekonuje, że to, co robisz, jak myślisz o życiu to jest twój program. Co na to twoje ciało, jak ono reaguje, jak o czymś myślisz, jak czegoś pragniesz.” Cały czas wracam do tego kluczyka, testera, jakim jest ciało.

Łatwo to przyjąć przy niektórych działaniach, na przykład; jeśli to będzie niewłaściwe jedzenie – wtedy zaboli nas brzuch. W ten sposób ciało od razu powie: „nie”. Trudniej w subtelnych obszarach.

Bo jeżeli ktoś raz mówił ci piękne słowa, ale jego intencje i działanie wobec ciebie były inne, możesz przeoczyć ten fakt i związek, że po takiej rozmowie byłeś zdenerwowany, albo bolała cię głowa. Ale jeśli niekomfortowo czujesz się ciągle w swoim życiu, wszystko wychodzi ci nie tak, nie jesteś zadowolony, a do tego nękają cię choroby – to najwyższy moment, aby przejrzeć kody, przyjrzeć się relacjom, posłuchać ciała i zacząć zmieniać swoje życie, pamiętając, że Kraków też nie od razu zbudowano.

– Jakie miejsce ma w tym wszystkim granie na gongu?

– Dźwięk był zawsze dla mnie bardzo ważny. Zanim zacząłem grać na gongu, a potem używać gongu w terapii, wcześniej już korzystałem z kamertonów. Kamertony przez swoje bardzo subtelne i ukierunkowane działanie pokazały mi, że można bardzo precyzyjnie wpływać na reakcje ciała. Obserwowałem, co się dzieje z moim ciałem pod wpływem dźwięku. Wiedziałem z różnych mądrych ksiąg, między innymi z Biblii, że na początku było słowo, czyli dźwięk. I wtedy pojawił się w moim życiu mistrz – Don Conreaux. Usłyszałem gong i wiedziałem, że chcę grać na gongu i chcę ten gong mieć. Czekałem na niego prawie 8 miesięcy, bo nie było najpierw środków, potem był okres oczekiwania na realizację zamówienia. Gdy w końcu gong się pojawił, już mój osobisty, gdy zacząłem na nim grać, zauważyłem, że to granie bardzo przyspieszało procesy oczyszczania i regeneracji organizmu u mnie, a także i u innych osób. Teraz granie jest dla mnie czymś tak naturalnym, że nie wyobrażam sobie, żeby gongu nie było w moim życiu.

Jak działa ten dźwięk?

– Bardzo ciekawe obserwacje nad wpływem dźwięków na komórki zdrowe i chore poczynił pewien francuski fizyk, muzyk, naturoterapeuta Fabien Maman. Do swoich obserwacji używał komórek krwi i mikroskopów, które wielokrotnie powiększały komórkę. Fotografował komórki przy użyciu specjalnych technik w spolaryzowanym świetle, tak aby można było zaobserwować organelle, błonę i pole energetyczne komórki. Cóż się działo?

Kiedy działał dźwiękiem kamertonu, misy, gongu, czy innego instrumentu, wówczas zdrowa komórka pulsowała i jej energetyczna otoczka zmieniała kształty, rosła, przybywało kolorów, zaczynała świecić jasnym, często różowo-fioletowym światłem, szczególnie jasno przy określonych dźwiękach. Natomiast gdy działał tymi samymi dźwiękami na komórkę chorą, to ona po kilku próbach zapulsowania, najczęściej po kilku, kilkunastu minutach, pękała, ulegała rozpadowi. Według mnie, jest to naukowy dowód na prawdziwość tego, co starożytni opisali w świętych księgach na temat dźwięku. Dźwięk, modlitwa, słowo, wpływa na życie, na jego jakość, na jego siłę, kierunek zmian i może to robić bardzo precyzyjnie.

Z kamertonu można uzyskać jednolity dźwięk, czysty ton i działać kierunkowo, jak wodą w górskim strumieniu, selektywnie, wybierać częstotliwości na poszczególne komórki i wybrane organy. Natomiast gong pozwala wyemitować bardzo szerokie spektrum dźwięków, podobne do morskiej fali, które docierając do wszystkich komórek, narządów, do całego ciała, sprawia, że każda komórka może sobie wybrać, jak ziarenka piasku na plaży, te kropelki energii, które są jej w tym momencie najbardziej potrzebne i to w dowolnej ilości. To tak, jak w posiłku, jeśli dostarczymy wachlarz różnych składników to organizm może sobie wybrać z nich to, czego potrzebuje.

Wiedza o konsekwencjach i korzyściach każdej metody: działania gongiem, kamertonami czy misą, pozwala je dobierać do określonych sytuacji i przypadków i uzyskiwać wyniki zwane cudem. I najważniejsze, dźwięki z tych instrumentów są bezpieczne i – bardzo ważne – nie można ich przedawkować, a o tym, że poprawiają zdrowie, to już każdy może sobie w prosty sposób sam sprawdzić, chociażby idąc na koncert.

Powiedziałeś, że uczysz się przez naśladownictwo i miałeś wielu mistrzów. Czy możesz o nich opowiedzieć?

– Pierwszym moim wielkim wspaniałym mistrzem był Eligiusz Kozłowski, wielki człowiek i wspaniały zielarz, radiesteta, obecnie nieżyjący, ale przez wiele lat działał na Mazurach, gdzie prowadził gospodarstwo rolne, zbierał zioła, które zalecał cierpiącym, często nieuleczalnie chorym. Takim, którzy przez medycynę konwencjonalną byli skazani na śmierć, którym oficjalna medycyna nie mogła już pomóc. On im pomagał, a jego szuflady były pełne dokumentów z wyrokami medycyny klasycznej. Obok nich leżały listy z podziękowaniami od tych pacjentów, którzy przychodzili do niego z takimi wyrokami.

Eligiusz Kozłowski już nie żyje, ale to, co otrzymałem od niego, to było coś, co wywróciło moje życie do góry nogami, w kategoriach fizycznych, emocjonalnych, religijnych, mentalnych. Byłem przez wiele lat zakręcany, jak wszyscy, w czyjeś poglądy, myśli, czyjeś sposoby wychowania. Eligiusz uwolnił mnie od tego wszystkiego. Tak się rozpoczęła moja droga, bo w tym momencie moje życie zupełnie się odmieniło. Porzuciłem wszystko, co robiłem do tej pory przez kilkanaście lat. Może nie do końca, bo jak się później okazało, moje wykształcenie elektroniczne pomogło mi szybko zrozumieć bioelektryczne prawa i zależności, różnych procesów fizycznych i psychicznych, które występują w każdym żywym organizmie i decydują o naszym zdrowiu i samopoczuciu. Bo przecież, nasz mózg jest jak komputer, każda komórka to mała elektrownia, a przez ciało ciągle płyną prądy jonowe.

Kim jesteś z wykształcenia?

– Z wykształcenia ogólnego jestem elektronikiem, bo takich szkół, które uczą zdrowego życia, naturalnych terapii, dwadzieścia lat temu nie było. A przecież, nawet medycyna akademicka wyszła z medycyny ludowej. Gdy ktoś pyta, co jest dla mnie bazą w leczeniu ludzi to odpowiadam, że medycyna ludowa, bo medycyna konwencjonalna, to – jak pisze słownik wyrazów obcych – konwencjonalny, to stary, nienowoczesny, posługujący się starymi metodami. A medycyna ludowa, to jest coś powszechnego, ogólnie dostępnego, dla wszystkich. Jestem amatorem, co z greckiego znaczy – miłośnikiem tego, co robię. Gdy ktoś pyta, czy byłem na urlopie, to ja mówię, że kocham to, co robię, więc jestem cały czas na urlopie.

A wracając do Eligiusza, to był pierwszy wspaniały mistrz, który często powtarzał, gdy pracowaliśmy razem: „Stanisław, przestań myśleć”. On nauczył mnie wyłączać myślenie. Przestaję myśleć podczas gry na gongu, podczas badania, sprawdzania, skanowania tej informacji, która jest w kimś, w moim pacjencie. Przestaję wtedy myśleć i odbieram swoim ciałem różne sygnały. Eligiusz nauczył mnie oprócz radiestezji i ziołolecznictwa przestać myśleć wtedy, kiedy tego potrzebuję. Wystarczy pół sekundy i już jestem w tym stanie.

Drugą mistrzynią była kobieta. Przyjechała do Polski tylko dwa razy. Sita była szamanką, nauczycielką tantry. Od niej usłyszałem: „Stanisław, jesteś miłością”. Więc umiałem już przestać myśleć, wiedziałem, że jestem miłością i że ścieżka przyjemności jest najcudowniejszą ścieżką rozwoju duchowego i że stłumienie lub wyparcie tej energii, czyni nas bezbronnymi i bezsilnymi wobec stresu, generuje lęki oraz różne choroby. Jeśli natomiast uznamy się za godnych doświadczać ekstatycznych stanów w życiu i nauczymy się transformować powstającą energię, to w różnych dziedzinach życia stajemy się nowymi twórcami, wznosimy się na wysokie poziomy. W moim przypadku, różnego rodzaju rytuały, działania, które są związane z przyjemnym wykorzystywaniem i transformowaniem energii seksualnej sprawiły, że zacząłem się w swoim życiu poruszać po zupełnie innych drogach, niż do tego momentu. Tak było kilka lat i zjawił się kolejny mistrz, Martyn Carruthers, który zapytał mnie „Stanisław, czy wiesz, czego chcesz?” Gdy odpowiedziałem: „wiem”, on zapytał „to powiedz, czego chcesz”. Powtórzyłem za wszystkimi: „szczęścia, pieniędzy, zdrowia”. Moimi pragnieniami wówczas można było zapisać kilka stron.

Miałem, tak jak wszyscy, wiele pragnień. Byłem zdrowy, miałem dużo siły i pragnąłem wielu rzeczy. Martin nauczył mnie czuć ciałem swoje pragnienia i pytać swoje ciało, czy to pragnienie jest dla mnie tym, czego ja chcę, czy to jest moje pragnienie. Tacy byli moi mistrzowie. Poza mistrzami, a dokładniej przed nimi byli też moi rodzice i inni ludzie, od których się wiele nauczyłem i ciągle uczę. Każda relacja jest bardzo ważna w moim życiu, bo to,czego się w niej nauczę to transformuję na swój sposób, słuchając wskazówek mojego ciała, zgodnie z pragnieniami mojego serca i możliwościami otaczającej mnie przestrzeni.

Tak powstają różne produkty czy programy  jak na przykład program pracy z polem morfogenetycznym zmieniający więzy na więzi lub cykliczne oczyszczanie wątroby, zrównoważone odżywianie, czy właśnie program harmonizowania ciała, emocji, myśli przez dźwięki i ruch.

Jakie terapie stosujesz przy leczeniu?

– W subtelnych poziomach myśli, emocje, kreacja, bardzo dobre efekty uzyskuję wspomnianym już programem – więzy na więzi i dźwiękami. To praktyczne i skuteczne metody polegające na wprowadzaniu do pola morfogenetycznego impulsów fizycznych, emocjonalnych i mentalnych prowadzących do zrozumienia i zmian w tej przestrzeni i na tych poziomach.

Jeśli chodzi o działanie z ciałem, to są dwa główne narzędzia działania: zioła, odpowiednie odżywianie oraz masaż i ćwiczenia fizyczne. W praktyce wszystko się przenika i wymaga działań mieszanych. Często przychodzą do mnie osoby i mówią, że mają lekarstwa, wyciągają tabletki, pytają. Wówczas mówię: „Proszę pana, to jest farmaceutyk. Proszę zajrzeć do słownika Kopalińskiego, tam Kopaliński napisał, co to jest farmaceutyk”. To słowo pochodzi od starego greckiego słowa „pharmakeutēs” to znaczy „czarownik, truciciel” drżącymi rękami wyciągają ulotki, razem czytamy o niepożądanych działaniach, by oddzielić rzeczywistą dolegliwość od ubocznych działań tabletek. Dla mnie jest wszystko jasne. Antybiotyk – proszę zajrzeć do słownika – anty, przeciwnie, bio, życie – czyli coś, co zabija życie. Ja nie zabraniam nikomu brać tych środków, jedynie pokazuję ich rolę w leczeniu.

Każdy może poznać prawdę, bo nazwy są cudowne tak dla tabletek, jak i dla ziół. Na przykład takie zioło, jak żywokost – żywi kości. I kiedyś, gdy nie było gipsu i antybiotyków, to gdy ktoś złamał nogę, to ścierano korzeń żywokostu na papkę i tą papką oblepiano złamaną kończynę. W jeden dzień papka robiła się twarda jak skorupa i usztywniała złamane miejsce jak gipsowy opatrunek. Dodatkowo działała przeciwzapalnie, bo takie właściwości ma żywokost. Jest też w nim dużo składników, które odżywiają kości, dlatego właśnie zioło nazywa się żywokost.

Dużo jest takich roślin, które mają stare wieloznaczące nazwy, na przykład: poziomka, czyli coś co płoży się po ziemi. Wiele nazw zostało przetransformowanych, zmienionych do naszych czasów, ale gdy posłuchamy nazw gwarowych na różne rośliny, to często będziemy mogli usłyszeć w tej nazwie kryjące się informacje o roślinie. Na przykład „przetacznik” używany przy zanikach pamięci, po prostu przetacza krew, poprawia krążenie przyspieszając przepływ krwi w głowie.

 

Mając wiedzę prowadzę cierpiących do prawdy a wtedy ci co są mądrzy sami, jak mawiał Hipokrates zaczynają dbać o swoje zdrowie wybierając właściwe odżywianie i stosując rośliny, które stymulują powrót do harmonii. Podsumowując najprostsza terapia to proste, odpowiednie do klimatu i sposobu życia odżywianie, ekstatyczne stany w miejsce smutnych myśli … oraz dużo ruchu i modlitwa.

A co jest ważniejsze: zdrowe odżywianie czy przyjemne egzystowanie w życiu codziennym? Jeśli ktoś się zdrowo odżywia, ale ma nieprzyjemnego szefa w pracy i dużo stresów?

– Jeżeli zdrowie jest, to egzystowanie jest ważniejsze od odżywiania. Jeżeli nasza psychika będzie prawidłowo pracowała i jeśli będziemy żyli swoją historią, jeżeli będziemy szli z prądem życia, akceptując siebie, to wtedy, nawet, jeśli zjemy coś trującego, to organizm sobie z tym poradzi. Natomiast, jeśli ciało jest już rozchwiane i chore, to wówczas z psychiką bardzo długo trzeba byłoby pracować, żeby to wszystko posprzątać i ponaprawiać. Wówczas priorytet otrzymuje odżywianie, wtedy żywieniem możemy wzmocnić nie tylko organizm ale i psychikę.

Ale ja nie ustalam diet, tylko uczę osoby, jak zdrowo się odżywiać, z jakich produktów najlepiej korzystać. Na przykład: gdy wstajemy rano, należy popatrzeć na swój język – jest on doskonałym wskaźnikiem tego, co się dzieje w naszym organizmie, w naszym brzuchu. Jeżeli jest biały i jest na nim nalot, to na pewno powinniśmy unikać tego dnia, a wręcz wykluczyć z posiłków, pokarmy zimne, kwaśne, surowe. Biały język i nalot na nim świadczą o wychłodzeniu, przynajmniej żołądka i śledziony, jak nie całego organizmu i o początku, lub już niestety zaawansowanym procesie gromadzenia się śluzów. Śluz gromadzi się wtedy, gdy ogień gaśnie w naszym piecu-brzuchu. Jeżeli piec jest rozpalony i gdy jest tam żar, to nawet, jak coś mokrego tam wrzucimy, to ogień to wysuszy, ogrzeje i spali, ale jeśli ogień się kiepsko pali, przygasa, to wtedy nawet, jak tam żaru trochę przyniesiemy, to trudno jest ogień rozpalić. Dopiero jakieś większe polano już płonące albo specjalne drzazgi, szyszki, podsypki-przyprawy/zioła sprawią, że ogień się rozpali.

Zalecam więc specjalne rośliny, które ten ogień pomagają rozpalić, oczyszczają brudy, które się już nagromadziły w organizmie. Jeśli chory je stosuje właściwe dla danej chwili wraz z odpowiednim odżywianiem, to proces oczyszczania jest szybki, a efekty trwałe.

A jak jest już bardzo, bardzo źle, to czy pozostaje tylko wiara?

Posłużę się słowami Eligiusza Kozłowskiego – „wiara jest bardzo ważna, Duch ożywia, powiedział w ewangelii Jana wielki mistrz do swoich uczniów. I trzeba o tego ducha dbać, wiara czyni cuda, ale jeżeli wesprze się ją, czy to ziołami, czy zdrowym odżywianiem, to wtedy jest najlepiej”.

Ze Stanisławem Olszewskim rozmawiała Agnieszka Olędzka

 

 

Kąpiel w dźwiękach

Gongi, misy, muszle, kąpiel w dźwiękach, koncert mistrza gry na gongu Stanisława Olszewskiego, jest nie tylko wielkim wydarzeniem artystyczno-muzycznym, ale ma też aspekt leczniczy. Koncerty uwalniają napięcia i stresy, rozbijają zatory energetyczne spowodowane nadmiarem niewyrażonych emocji.

W czasie wibracji gongu chore komórki ulegają rozpadowi, organizm oczyszcza się, rewitalizuje, wzmacnia i… odmładza. Koncerty, podczas których można doznać masażu całego ciała wibracją dźwięku są doświadczeniem, którego nie sposób opisać ani zapomnieć. Majestatyczny dźwięk gongu otacza i przenika, uspokaja i koi, przenosi w inne wymiary, maluje w wyobraźni obrazy i wizje. Absolutna pełnia dźwięku wydawanego przez gong, stwarza niepowtarzalną ciszę wewnątrz, opisywaną przez wielu jako cudowny stan odprężenia.